piątek, 27 listopada 2015

To nie jest dobry dzień dla naukowca...

Mamy godzinę 14:00. Właśnie zasiadłam z wielkim kubkiem kawy i jogurtem naturalnym do komputera. I tak, to moje śniadanie... Jak sam tytuł wskazuje to absolutnie nie jest dobry dzień. A zaczęło się od wczorajszego wieczoru, kiedy to Tristan wreszcie postanowił zasnąć w swoim pokoju, a my byliśmy pełni nadziei na wygodne wyspanie się. Niestety Wika, musiała zacząć wołać Adriana, drąc pyszczek na pełny regulator, bo nie mogła znaleźć swojego misia... W ten oto sposób Tris po dłuższej drzemce się wybudził i postanowił rozrabiać przez pół nocy. Rano ledwo zwlekliśmy się z łózka, wyprawiliśmy Młodą do szkoły i postanowiliśmy jeszcze trochę dospać. Efekt tego był taki, że Adrian gnał jak wariat do pracy co by się nie spóźnić, a mnie obudził telefon od dziadka, że już jedzie po nas.... Czyli około godziny 12:00.
Tris nadal spał, ja szybko się ogarnęłam i przystąpiłam do wybudzania małego potworka. Cóż, dziadek zastał ciekawy widok, co zapewne będzie mi wypominał przez kolejny miesiąc, mianowicie rozbebeszone łóżko i poduszki walające się po całym pokoju, kilka naczyń wrzuconych byle jak do zlewu, uwalony jak nieboskie stworzenie blat (mężczyzna robił sobie w pośpiechu śniadanie....), pokój zawalony dodatkowo krzywo stojącym stołem i suszarką na pranie, pieluchę na łóżku (dziecko samo się chciało przewinąć, bo do nocnika zrobić nie raczy), i Trisa z gołym tyłkiem. Handluj z tym. No, ale ok zaczęłam ogarniać małego, przy okazji pakując dzieci i próbując wydrukować druk do zapłaty za prezent dla Wiki jednak ustrojstwo zwane drukarką postanowiło pokazać mi środkowy kabel i odwalić bunt maszyn. W międzyczasie Wika chciała milion rzeczy, Tris podobnie co lekko zachwiało moją równowagą zen. Po chwili jednak nastąpiło apogeum, mianowicie Wika nie mogła znaleźć słomki ze swojego nowego kubka. Biegała po całym domu, drąc się, becząc i generalnie siejąc zamęt i panikę zamiast szukać jak człowiek. Po kilku spokojnych próbach uspokojenia jej nie wytrzymałam i mówiąc najogólniej wydarłam się na nią nakazując iść uspokoić się do pokoju, bo zaraz cholera jasna nie wytrzymam. Niestety moja córka weszła już w ten wiek, że zamiast robić co stara każe woli pyskować, odszczekiwać się i kłócić się ze mną na takim poziomie, że najpewniej sąsiedzi dwa piętra wyżej robią sobie popcorn i słuchają z zaciekawieniem tego larma, a potem skubani mają bekę. Dziadek już wywracał oczami, bo i jego ta sytuacja ewidentnie pozamiatała, ale twardo czekał i starał się być oazą spokoju (to już w ogóle zadziwiające).

Kiedy sytuacja była już względnie opanowana, wszyscy ubrani i gotowi do wyjścia oświeciło nas w jeszcze jednej sprawie: trzeba zamontować fotelik w aucie! Ale zaraz.... Gdzie jest fotelik? W naszym aucie. Które jest obecnie w Gliwicach, bo mój luby pojechał nim do pracy. Dobra, trudno się mówi, pojadę z małym autobusem, bo tak bardzo chciał jechać do pradziadków, że od paru dni o tym na okrągło trajkotał. Przecież dziecka nie zawiedziemy. Dziadek z wielce obrażoną Wiką pojechał, a ja zebrałam ostatnie drobiazgi i już miałam wychodzić i wydawało się, że nic nam już się nie spaprze okazało się, że nie mogę znaleźć kluczy z mieszkania. No to szukam. Kurtka, druga kurtka, płaszcz, torebka, kuchnia, duży pokój, przedpokój. No nie ma! Wcięło! Przepadły w odmętach tego bajzlu. Dzwonię więc do swojej, ewidentnie bardziej ogarniętej połówki z zapytaniem czy ich nie widział. Ano owszem widział. Ba, nawet teraz je widzi. Oba komplety. W swojej kurtce. No pięknie. W międzyczasie też znalazła się nieszczęsna słomka. To latająca, żółte paskudztwo imieniem Rufus postanowiło zrobić sobie z niej gryzaka. Jeszcze lepiej. W tym momencie byłam już tak wkurzona, że moje nerwy zatoczyły koło i przeobraziły się w obojętność połączoną z kretyńskim napadem śmiechu. Zadzwoniłam zatem do babci i uprzedziłam, że nie przyjedziemy dziś ze względu na powstałe okoliczności. Standardowo nas wyśmiała i zaprosiła na jutro.

Pozostała jednak kwestia jak teraz wytłumaczyć to zniecierpliwionemu dzieciakowi. Tu postanowiłam zaryzykować i pozostawiając otwarte drzwi z mieszkania (w końcu co może się jeszcze gorszego zdarzyć?) poleciałam z małym do sklepu. Dostał gumę rozpuszczalną i po sprawie. Choć nie ukrywam, że wracając z siatką zakupów w jednej łapie i zgrzewką wody w drugiej wciąż myślałam o tym, że nasze drzwi są nieco wadliwe i czasami wystarczy je lekko popchnąć aby się otwarły. Uściślając, zastanawiałam się czy psa zastanę w domu, na klatce znów dokarmianego szynką przez sąsiada, czy może spierniczył na osiedle i będę go przez resztę dnia szukać. Na szczęście ani myślał wyłazić na to zimno i spał na kanapie. Wstał dopiero kiedy zobaczył zakupy i bezceremonialnie wpakował pysk w reklamówkę w poszukiwaniu mięsiwa.

Tak więc nastała pewna równowaga. Wczorajszy dzień mieliśmy bardzo udany, okraszony do tego epicką wyprawą na zakupy do Kauflandu w celu nabycia fantów SW. Jak planowałam, bluza, koc, kubek i kubki dla dzieciaków wylądowały w naszym koszyku. Dziś dla odmiany dzień postanowił być koszmarny. A żeby nie było mi za dobrze Vaderek postanowił dorzucić swoje trzy grosze i właśnie narzygał na panele.... Czekam na to co zaraz odwali królik. Nic, to kończę ten wpis, wrzucę kilka fotek i idę sprzątać ten burdel. W końcu jak chłop wróci z pracy to lepiej, żeby zobaczył mieszkanie w ludzkim stanie.


Takie fanty udało nam się zdobyć

Młody już dorósł do zabaw z chomiczkiem

Bekowe foty to chętnie sobie robi, ale żeby tak na serio zrezygnować z pieluch to nie łaska :D

Mały wdaje się w wujka ;)

Kupiliśmy też już Wice sukienkę do komunii :)


Takie tam ze spaceru :)

Stara znów wróciła do rudego :D



A kilka dni temu dołączył do nas Baksiu (Buksiu xD)
I jak widać od razu dogadał się z Vaderem i całą resztą :) Emeryt, ale żwawy jak nie wiem!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz